Przejdź do treści

Oaxaca, Meksyk – przewodnik bez pośpiechu po mieście rytuałów i smaków

Spacer po Oaxaca – niebieska ściana w Centro Histórico

Gdybym miała opisać Oaxaca jednym zdaniem, powiedziałabym, że to miasto, które wchodzi nosem przed oczami.

Jeśli zastanawiasz się, co zobaczyć w Oaxaca, odpowiedź nie jest oczywista. To nie jest miasto do „zaliczenia atrakcji”, tylko miejsce, które poznaje się powoli – przez zapachy, smaki i codzienne rytuały.

Zapach copalu unoszący się w kościołach miesza się tu z aromatem świeżo mielonej kawy z gór Oaxaca i dymem z comal, na których od świtu pieką się tortille. W tle cierpka nuta fermentującego ananasa w tepache.

Oaxaca jest rytuałem. W każdym kubku kakao. W każdym talerzu mole. W muralach na ścianach Barrio de Jalatlaco.

To także miasto kontrastów. Restauracje z gwiazdkami Michelin i dopracowane butikowe hotele. Obok nich proste życie mieszkańców. Garkuchnie wciśnięte między budynki. Domy z blachy falistej na wzgórzach za miastem.

Ceremonialne kakao i plastikowe wózki z tejate istnieją tu obok siebie. Bez napięcia. Bez potrzeby wyboru.

Spędziłam tu cztery dni. I wiem jedno. To nie wystarczy.

Jeśli Oaxaca Cię poruszy, w tym miejscu zebrałam wszystkie moje podróże po Meksyku – od Mexico City po Jukatan, w tym samym, powolnym rytmie.

Kolorowe ulice Oaxaca, Meksyk - przewodnik bez pośpiechu
Oaxaca najlepiej poznaje się pieszo. Bez planu. W swoim tempie.

Dla kogo jest ten plan podróży?

Ten przewodnik po Oaxaca powstał z myślą o osobach, które chcą poczuć miasto od środka – w swoim tempie, bez checklisty.

Ten plan jest dla Ciebie, jeśli:

  • Potrafisz usiąść w kawiarni na godzinę bez telefonu
  • Wolisz jeden dobry posiłek niż pięć zjedzonych w pośpiechu
  • Nie liczysz atrakcji, tylko momenty
  • Akceptujesz, że czasem kawa się rozleje i nic się nie stanie
  • Szukasz miejsca, które się czuje, a nie tylko ogląda

Ten plan może nie być dla Ciebie, jeśli:

  • Musisz „zaliczyć” wszystko z listy
  • Planujesz pięć miast w tydzień
  • Nie potrafisz usiedzieć w jednym miejscu
  • Potrzebujesz planu na każdą godzinę
Dziedziniec w butikowym hotelu Casa Arrona w Oaxaca – cisza i światło w centrum miasta
Zanim ruszysz dalej, warto na chwilę usiąść. Oaxaca nie lubi pośpiechu.

Casa Arrona – butikowy hotel w Oaxaca z duszą

Zatrzymaliśmy się w Casa Arrona, butikowym hotelu w Oaxaca, położonym niedaleko Centro Histórico.

Odrestaurowany budynek z lat 50., w którym design czuć od razu. W płytkach na podłodze. W drewnianych belkach na suficie. W proporcjach, które dziś rzadko się zdarzają.

Nasz pokój był przestronny, z prywatnym patio. To tam rano popijałam kawę, słuchając odgłosów budzącej się Oaxaca. Kroków na ulicy. Pierwszych rozmów. Miasta, które dopiero zaczynało dzień.

Śniadanie od szefa kuchni było wliczone w cenę – świeże tostadas z awokado, kawa z lokalnej palarni, meksykańskie jajka. Ale nie chodziło o jedzenie. Chodziło o to, że miałam czas, żeby je poczuć.

Cena: 180 USD za noc (ok. 650 PLN) z śniadaniem. I szczerze? Jeden z najlepszych hoteli butikowych w Meksyku, w jakich spałam.

Dziedziniec butikowego hotelu Casa Arrona w Oaxaca, poranek bez pośpiechu
Powroty przez dziedziniec. Casa Arrona, Oaxaca

Jeśli zastanawiasz się, gdzie spać w Oaxaca przy mniejszym budżecie, warto sprawdzić pensjonaty i małe hotele butikowe w okolicach Centro Histórico oraz Barrio de Jalatlaco.

To jedne z najlepszych dzielnic noclegowych w Oaxaca, jeśli chcesz być blisko miasta, ale bez turystycznego zgiełku.

Co zobaczyć w Oaxaca? Najważniejsze miejsca

Jeśli miałabym wskazać, co zobaczyć w Oaxaca, zaczęłabym nie od zabytków, ale od doświadczeń.

Monte Albán, Mercado 20 de Noviembre, Barrio de Jalatlaco i lokalne kuchnie to miejsca, które najlepiej pokazują, czym naprawdę jest Oaxaca.

Atrakcje tego miasta nie polegają na „oglądaniu”, tylko na byciu w środku – przy stole, na targu, na ulicy.

Widok na ruiny Monte Albán w Oaxaca, kobieta siedzi i patrzy na prekolumbijskie miasto
Monte Albán. Zanim cokolwiek przeczytasz o historii, warto tu po prostu usiąść.

Dzień 1 w Oaxaca: kukły, mole i tlayudas

Lekcja gotowania w Quinta Brava

Warto pamiętać, że Oaxaca leży na wysokości ok. 1550 m n.p.m., więc pierwszego dnia możesz czuć lekkie zmęczenie lub senność.

To nie jest nic dziwnego i kolejny dobry powód, żeby nie planować zbyt intensywnego startu i pozwolić sobie wejść w rytm miasta.

Dzień zaczęliśmy od lekcji gotowania w Quinta Brava. Na miejscu spotkaliśmy grupę ludzi z Nowego Jorku. Wszyscy oprócz nas. Był też José – nasz kucharz, który wnosił do całego doświadczenia mnóstwo energii.

Na powitanie była gorąca czekolada do picia i mini quesadilla. Dobry początek.

Zanim weszliśmy do kuchni, pojechaliśmy na lokalny targ. Warzywa, których nazw nie znałam. Mięso wiszące na hakach. Babcie sprzedające mole z plastikowych wiader. Z listą składników w ręku ruszyliśmy na zakupy.

Wróciłam stamtąd z jedną myślą – że meksykańskie gotowanie to nie przepis. To rytuał.

Ręczne robienie tortilli podczas lekcji gotowania w Oaxaca
Ręce w mące kukurydzianej, ciepły comal i czas, który na chwilę zwalnia. Tak zaczyna się kuchnia Oaxaca.

Potem przyszedł czas na gotowanie. Robiliśmy masę z kukurydzy, formowaliśmy tortille i kładliśmy je na rozgrzany comal.

Próbowaliśmy dziewięciu rodzajów mole – każde inne w smaku, kolorze i ostrości. Najlepsze okazały się mole rojo i mole de cacahuate.

Przygotowaliśmy dwa mole od podstaw, empanadas z kwiatami cukinii i grzybami, cztery rodzaje salsy oraz tamales. Na deser plantany z kakao, wanilią i cynamonem.

Jedzenie było bardzo dobre, atmosfera swobodna, a całość dobrze wprowadzała w kuchnię Oaxaca.

Choć momentami miałam ochotę na trochę więcej samodzielnego gotowania, był to przyjemny, spokojny początek dnia.

Cena: 1900 pesos za osobę (około 380 PLN).

Tradycyjne mole z Oaxaca podane w glinianych miseczkach
Mole w Oaxaca to nie sos. To opowieść przekazywana z rąk do rąk, z pokolenia na pokolenie.

Procesje ślubne i gigantyczne kukły

Po powrocie do hotelu wyszliśmy na miasto po raz pierwszy. I trafiliśmy prosto na procesję ślubną. W Oaxaca soboty należą do wesel.

Ulice szybko wypełniły się muzyką, tańcem i gigantycznymi kukłami. Jedna z nich szczególnie mnie rozbawiła. Pan młody był łysy, ale jego kukiełka miała bujną czuprynę. Meksykański humor w najczystszej formie.

Procesja zaprowadziła nas w stronę głównego placu. Stamtąd ruszyliśmy dalej, już spokojniej, w poszukiwaniu kawy.

Pierwsze wrażenie było proste: miasto wydawało się bardziej turystyczne niż Coyoacán. Pewnie dlatego, że był weekend.

Zatrzymaliśmy się w Muse Café, które okazało się częścią luksusowego hotelu. Piękne wnętrze, cisza po całym zamieszaniu i dobra kawa. Dobry moment na pierwsze zatrzymanie w Oaxaca.

Procesja uliczna w Oaxaca z tradycyjnymi strojami i kukłami podczas lokalnego święta
Oaxaca potrafi zatrzymać ruch uliczny dla rytuału. I nikt się nie spieszy.

Tlayudas Los Ánimas – street food w Oaxaca

Wieczorem szukaliśmy czegoś prostego na kolację. Restauracje w centrum wyglądały jak z przewodnika Michelin, a street food jakby zniknął.

Szliśmy powoli, bez planu, pozwalając sobie zabłądzić w bocznych uliczkach. Dopiero wtedy zobaczyliśmy dziewczynkę, która suszarką do włosów dmuchała w żar małego grilla.

Mała tabliczka: Tlayudas Los Ánimas. Nie było menu. Tylko zapach dymu z comal.

Zamówiliśmy wegetariańskie tlayudas z serem. Chrupiące, prosto z grilla, polane ostrą zieloną salsą. 95 pesos za sztukę. Do tego agua de Jamaica.

Dokładnie to, czego potrzebowaliśmy po długim dniu.

Tlayudas z Tlayudas Los Ánimas w Oaxaca – chrupiąca kukurydziana tortilla z pastą z czarnej fasoli, mięsem i świeżą sałatą
Tlayudas – jedno z tych dań, które w Oaxaca je się długo, przy prostym stoliku, chłonąc codzienność miasta.

Dzień 2 w Oaxaca: tejate, Jalatlaco i lokalne rytuały

Tejate – tradycyjny napój z Oaxaca

Rano, po śniadaniu w hotelu i krótkiej jodze na patio, wyruszyliśmy do Rita Chocolatería. Oaxaca słynie z czekolady, więc to był oczywisty pierwszy przystanek.

Magia szybko prysnęła, gdy okazało się, że nie ma gdzie usiąść. Tylko na wynos.

Ale dosłownie za rogiem wyłonił się wózek z napisem tejate. Podbiegliśmy bez zastanowienia.

Pani zamieszała duży garnek z kakaowym trunkiem pokrytym białą pianą i nalała nam spory kubek za 50 pesos (około 10 PLN). Orzeźwienie przyszło natychmiast. Razem z uśmiechem.

I wtedy dotarło do mnie, że nie potrzebuję stolika ani planu. Wystarczy ulica i ten kubek w dłoni.

Tejate to napój prekolumbijski. Woda, kakao, fermentowana kukurydza, nasiona mamey i cukier. Brzmi dziwnie? Smakuje bosko.

Tradycyjny napój tejate w Oaxaca - kukurydziany napój z kakao i kwiata rosita de cacao
Tejate. Gęsty, chłodny, lekko ziemisty. Jeden z tych smaków, które pamięta się długo po powrocie.

Mercado 20 de Noviembre – jeden z najsłynniejszych targów w Oaxaca

Potem poszliśmy na Mercado 20 de Noviembre – jeden z najsłynniejszych targów w Oaxaca.

Przeszliśmy go w całości, kupiliśmy dwa pan de cazuela po 80 pesos (około 16 PLN) – meksykańską cynamonkę – i usiedliśmy przy stoisku, gdzie było więcej mieszkańców niż turystów.

Zamówiliśmy champurrado. Coś pomiędzy kakao a budyniem. Gęste i sycące. 45 pesos (około 9 PLN). I siedzieliśmy.

Na koniec kupiliśmy zielony kapelusz à la Indiana Jones i ruszyliśmy dalej. Bez planu.

Tradycyjny pan de cazuela na targu w Oaxaca, ułożone bochenki chleba sprzedawane lokalnie
Pan de cazuela – codzienny chleb Oaxaca. Ciepły, prosty, kupowany bez pośpiechu na lokalnym targu.

Sabina Sabe – restauracja polecana w Oaxaca (Netflix)

Lunch jedliśmy w Sabina Sabe, miejscu znanym z programu Somebody Feed Phil na Netflixie.

Zamówiliśmy dwa wybitne koktajle:

  • Micky Miguel – słodki i orzeźwiający, z chilli na rancie kieliszka
  • Chilito Rosé – wielowymiarowy smakołyk z karmelizowaną czerwoną pomarańczą pływającą w szkle jak meksykański okręt

Do tego bardzo dobre wegetariańskie tostadas. Trochę jak farsz do polskiej ryby po grecku, ale z meksykańskim twistem i marynowaną cebulką.

210 pesos za danie (ok. 42 PLN).

Siedzieliśmy tam ponad godzinę. Nie dlatego, że jedzenie było wolno przygotowywane. Po prostu nie chciało nam się wychodzić. Nie było dokąd się spieszyć.

Wegetariańskie tostadas w Sabina Sabe w Oaxaca – chrupiące kukurydziane placki z zielonym sosem, warzywami i marynowaną czerwoną cebulą
Wegetariańskie tostadas w Sabina Sabe – proste składniki, wyraziste smaki i Oaxaca smakująca dokładnie tak, jak lubię najbardziej.

Once in Oaxaca i rozlana kawa

Potem udaliśmy się do Once in Oaxaca – hipsterskiej kawiarni, gdzie zamówiliśmy dwie mrożone kawy.

Miejsc prawie nie było, więc usiedliśmy przy okrągłym stole, który wyglądał, jakby widział w życiu więcej historii niż niejedno muzeum. Do tego dwa taboreciki jak dla lalek. Wyglądaliśmy jak giganci w krainie liliputów.

Obok siedziała rysowniczka. Rysowała ludzi na ulicy, powoli, kreska po kresce.

I wtedy zahaczyłam dłonią o szklankę z kawą. Rozlała się prosto na moją sukienkę.

Spędziłam piętnaście minut w łazience, próbując ją doczyścić. Potem wyszłam na chwilę przed kawiarnię. Na słońcu szybko wyschła.

Zostałam tam chwilę dłużej i pomyślałam, ile miejsc w podróży naprawdę widzę, a ile innych po prostu mi umyka.

Wracając do środka, zobaczyłam stojak z pocztówkami. Jedną wysłaliśmy do Polski.

Rozlana iced latte w kawiarni Once w Oaxaca, warstwowa kawa z mlekiem w szklance z lodem
Ta kawa z Once w Oaxaca trochę się wylała. I dokładnie taka była ta chwila. Niedoskonała i prawdziwa.

Barrio de Jalatlaco – spokojna dzielnica w Oaxaca

Po wizycie w kawiarni ruszyliśmy na spacer po Barrio de Jalatlaco – dzielnicy polecanej przez pana z taquerii obok naszego hotelu.

Spacerując pod kolorowym papel picado, w powolnym, popołudniowym świetle, trafiliśmy na lodziarnię Besos Helados. Spróbowaliśmy kilku smaków: mango z chili, owoców leśnych z serem oraz marakui z mezcalem.

Ostatecznie wybraliśmy owoce leśne z serem i marakuję z mezcalem – dokładnie takie, jakich potrzebowaliśmy po długim spacerze. 200 pesos łącznie (około 40 PLN).

I nagle zapadła cisza.

Uliczki pełne kolorowych domków i murali. Dzielnica zaskakująco pusta w porównaniu z centrum. Szliśmy powoli, zatrzymując się co chwilę. Nie po to, żeby robić zdjęcia. Po prostu żeby patrzeć.

To było jak odkrycie sekretnego ogrodu w środku miasta.

Rzemieślnicze lody trzymane w dłoniach na kolorowej ulicy w Oaxaca, Meksyk
Rzemieślnicze lody w Oaxaca smakują najlepiej jedzone na ulicy, pod kolorowym papel picado.

La Cosecha i Boulenc – wieczór bez planu

Wieczorem odwiedziliśmy La Cosecha Organic Market – miejsce ukryte w bramie, prowadzącej na spokojny dziedziniec.

Zamówiliśmy czekoladę z Oaxaca na wodzie, memelas z lokalnym serem quesillo (w smaku trochę jak polski oscypek), tepache z fermentowanego ananasa i ziarna kawy z gór Oaxaca.

Siedzieliśmy na dziedzińcu, otoczeni roślinami, i rozmawialiśmy. O niczym konkretnym. O wszystkim jednocześnie.

Potem trochę padało, więc wróciliśmy do hotelu.

Wieczorem, kiedy się wypogodziło, poszliśmy na pizzę do Boulenc – lokalu w opuszczonej kamienicy, na dziedzińcu pod gołym niebem.

Pizza okazała się wybitna.

Siedzieliśmy tam do późna, dyskutując, czy pizza z meksykańskimi składnikami jest nadal włoska, czy już meksykańska, i popijając drinki z mezcalem.

Nie spieszyliśmy się. Bo dokąd?

Memelas z czarnej kukurydzy z pastą z fasoli i serem w La Cosecha Organic Market w Oaxaca
Memelas z czarnej kukurydzy z pastą z fasoli i serem w La Cosecha Organic Market w Oaxaca

Dzień 3 w Oaxaca: Monte Albán i lokalne odkrycia

Monte Albán – jak zwiedzić ruiny pod Oaxaca

Wcześnie rano, po śniadaniu w hotelu, wyruszyliśmy na Monte Albán – prekolumbijskie ruiny na wzgórzu za miastem.

Recepcja odradzała nam „niebezpiecznyshuttle bus na górę (120 pesos za osobę, około 24 PLN) i sugerowała taksówkę (około 1000 pesos, czyli 200 PLN).

Ale my jesteśmy ryzykantami. Albo po prostu ufamy, że świat nie jest tak straszny, jak go malują.

Ruszyliśmy pieszo do punktu odjazdu autobusów. Przy kasie kilku gringosów – uznaliśmy, że nie może być aż tak źle.

Autobus okazał się starym mercedesem. Kierowca zamykał drzwi tylko wtedy, gdy nie chciał, żeby ktoś wskoczył do środka na skrzyżowaniu.

Zielony transporter sprawnie piął się po serpentynach, minął punkt kontrolny z uzbrojonymi oficjelami i po około 20 minutach byliśmy już na szczycie.

Wejście: 100 pesos za osobę (około 20 PLN).

Ruiny Monte Albán w Oaxaca widziane z góry, stanowisko ceremonialne Zapoteków
Monte Albán. Cisza, przestrzeń i poczucie, że to miejsce było ważne na długo przed nami.

Monte Albán zrobił na nas ogromne wrażenie. Nie dlatego, że to ruiny. Dlatego, że to miejsce wciąż oddycha.

Podziwialiśmy Los Danzantes – rysunki wydrążone w kamieniu, przedstawiające wykastrowanych wrogów pojmanych przez mieszkańców Monte Albán. Miało to skutecznie odstraszać przeciwników. Chyba się udało.

Gdy odwróciliśmy wzrok od kamiennych reliefów, słyszymy w oddali: „Ewka, dawaj!”

Wycieczka objazdowa z Itaki właśnie zdobywała piramidę. Śmiejemy się. Bo świat jest mały.

Kolejne dwie godziny spędziliśmy na zwiedzaniu ruin i jedzeniu pan de cazuela. Po obejściu całego kompleksu i wejściu na dwie piramidy z widokiem na dolinę Oaxaca usiedliśmy na kamieniu.

Nie robiliśmy zdjęć. Nie sprawdzaliśmy telefonu. Po prostu patrzyliśmy.

W tle było słychać fajerwerki – w grudniu w mieście to podobno norma. Ale my byliśmy już gdzieś indziej. W czasie, który na chwilę się zatrzymał.

Zwiedzanie Monte Albán w Oaxaca, ruiny starożytnego miasta Zapoteków
Monte Albán to jedno z tych miejsc, które zostają w głowie na długo – nie przez detale, ale przez skalę i ciszę.

Dwa kilo płynnej czekolady w worku

W drodze do hotelu weszliśmy do Chocolate Mayordomo – jednego z najbardziej znanych miejsc w mieście, jeśli chodzi o tradycyjną czekoladę.

Mogliśmy kupić gotową tabliczkę. Ale zamiast tego wybraliśmy mieszankę kakaowca, cynamonu, cukru i migdałów. 615 pesos (około 123 PLN).

Kasjerka była wyraźnie zdziwiona, że chcemy aż dwa kilo.

Po chwili wszystkie składniki wylądowały w melangerze. Staliśmy i patrzyliśmy, jak na dole powoli wypływa błyszcząca, czekoladowa masa.

To trwało. Ale nigdzie nam się nie spieszyło.

Na koniec pan zapakował wszystko do foliowego worka. I tak ruszyliśmy dalej przez miasto z dwoma kilogramami płynnej czekolady w ręku, w poszukiwaniu sklepu z rzemiosłem.

Absurdalne? Być może. Ale właśnie takie momenty zapamiętuje się najlepiej.

Ręcznie robiona tabliczka czekolady z Oaxaca, pokrojona na kawałki na drewnianej desce.
Ręcznie robiona czekolada z Oaxaca, intensywna i ziarnista, smakująca bardziej jak rytuał niż deser.

Barro negro – kiedy zakupy stają się odkryciem

Dojrzeliśmy sklep z daleka, bo przed nim stała gigantyczna kukła. To była La Casa de las Artesanías de Oaxaca. W środku – raj.

Wszystko od artystów z Oaxaca, w uczciwych cenach. Bez podróbek i masówki, które widuje się na ulicznych straganach.

Kupiłam dwa czarne kubki w kształcie twarzy z barro negro, torebkę skórzaną jak z Włoch, ale za ułamek ceny, i copal do palenia w domu.

Całość: niecałe 1400 pesos (około 280 PLN).

Ale najważniejsze nie były zakupy.

Najważniejsza była rozmowa z panią, która opowiadała o każdym przedmiocie. O artystach, którzy je stworzyli. O tradycji, która wciąż tu żyje.

Stałam w tym sklepie godzinę. I nie żałuję ani minuty.

Ręcznie robiona ceramika barro negro z Oaxaca - czarne naczynia i czaszki z wypalanej gliny na lokalnym targu
Barro negro – tradycyjna ceramika z Oaxaca. Głęboka czerń, połysk i formy, które są jednocześnie sztuką i codziennym przedmiotem.

Metate Cocina Tradicional – fusion w garażu

Lunch jedliśmy w Metate Cocina Tradicional – lokalu w garażu.

Absolutny fusion. Minimalistyczny wystrój niczym z Vogue, a dania tanie, klasyczne i pyszne jak ze straganu.

Menu dostaliśmy na małej, odręcznie wypisanej karteczce. Wyglądało jak liścik szpiegowski.

Zamówiliśmy empanadas z kwiatami cukinii i drugą z grzybami, do tego agua de naranja – orzeźwiający sok z zielonych pomarańczy. Wszystko podane w pięknej lokalnej glinianej zastawie.

Rachunek: 310 pesos (około 62 PLN).

Siedzieliśmy tam jeszcze długo po jedzeniu. Miejsce miało w sobie coś, co sprawiało, że nie chciało się wychodzić.

Empanadas z Metate Cocina Tradicional w Oaxaca – ręcznie robione kukurydziane placki z farszem, podane w nieformalnej, garażowej kuchni
Empanadas z Metate Cocina Tradicional – garażowa kuchnia meksykańska oparta na rzemiośle i smaku.

Tlayudas Don Ramón – lokal szeroki na metr

Wieczorem była kolacja w Tlayudas Don Ramón. Lokal wciśnięty między dwa budynki, zaledwie na metr szerokości.

Jedzenie było świetne. Horchata też.

Rachunek: 200 pesos (około 40 PLN).

Ale nie chodziło tylko o jedzenie. Chodziło o to, że znowu trafiliśmy w miejsce, którego nie ma na żadnej mapie turystycznej. I właśnie dlatego było idealne.

Tlayudas Don Ramón w Oaxaca – wąski lokal wciśnięty między dwa budynki, szeroki na około metr
Tlayudas Don Ramón – lokal szeroki na metr, ale z charakterem, którego nie da się zmierzyć.

Dzień 4 w Oaxaca: muzeum, jedzenie i pożegnanie miasta

Muzeum Kultury przy Santo Domingo – gdzie czas się zatrzymał

Ostatni dzień zaczęliśmy od śniadania w hotelu. Tost z awokado. Kawa. Cisza.

Wiedziałam, że to nasz ostatni poranek w Oaxaca. I zamiast się spieszyć, żeby „zdążyć wszystko zobaczyć”, zwolniłam jeszcze bardziej.

Potem był ostatni spacer po mieście. Prawdziwe pożegnanie, nie przejście tranzytem. Zatrzymanie się i myśl, że tutaj wrócę.

Nie liczyłam kroków. Liczyłam momenty.

Odwiedziliśmy Museo de las Culturas de Oaxaca przy kościele Santo Domingo. Bilet kosztował 100 pesos za osobę (około 20 PLN).

Przed wejściem zaczepiali nas przekupki i lokalni przewodnicy. Tym razem bez irytacji. Uśmiech, krótkie „no, gracias” i poszliśmy dalej.

W muzeum spędziliśmy 1,5-2 godziny, choć czas przestał mieć znaczenie.

Kobieta stojąca w kamiennym przejściu dawnego klasztoru Santo Domingo w Oaxaca, patrząca na zieloną dolinę i góry w oddali.
Widok z dawnego klasztoru Santo Domingo. Chwila ciszy nad Oaxaca.

Zaczęliśmy od magicznej biblioteki, która wyglądała jak wyjęta wprost z Harry’ego Pottera. Pomyślałam, że gdybym mieszkała w Oaxaca, przychodziłabym tu regularnie.

Potem sala z wystawą alebrijes – fantastycznych, żywo pomalowanych rzeźb zwierząt. Każda inna. Każda z własnym charakterem.

Na piętrze każda sala opowiadała historię regionu – od czasów prekolumbijskich i królestwa Zapoteków, przez konkwistę, aż po czasy nowożytne.

Spacerowaliśmy długimi korytarzami, przenosząc się w czasie. Czytaliśmy tabliczki. Patrzyliśmy na detale. Nigdzie się nie spieszyliśmy.

Po drodze pojawiały się widoki na ogród botaniczny pełen kaktusów i sukulentów oraz na plac i kościół Santo Domingo.

Tu nawet łazienki opowiadały historie – marmury z widokiem na główny dziedziniec. W takim miejscu zdjęcia naprawdę robiły się same.

Kobieta stojąca na krużganku dawnego klasztoru Santo Domingo w Oaxaca, z widokiem na barokowy kościół i plac miejski.
Dawny klasztor Santo Domingo – dziś jedno z najważniejszych miejsc kultury w Oaxaca.

Levadura de Olla – posiłek, który był rytuałem

Po wizycie w muzeum wstąpiliśmy jeszcze na cappuccino za 50 pesos (około 10 PLN) do jednej z kawiarni w mniej turystycznej uliczce.

Chwila przerwy. Obserwowałam ludzi na ulicy. Myślałam o tym, że jutro wracamy. I że już tęsknię za tym miastem, chociaż jeszcze w nim jestem.

Potem był obiad w Levadura de Olla – restauracji polecanej przez Phila z Netflixa, z gwiazdką Michelin (lepiej mieć rezerwację).

Dostaliśmy kameralny stolik przy oknie, w osobnej sali z barem. Ściana pod sufit wypełniona lokalną glinianą zastawą.

Zamówiliśmy cztery dania i dwa desery. Nie dlatego, że chcieliśmy spróbować wszystkiego. Dlatego, że chcieliśmy ten moment rozciągnąć w czasie.

Danie z mole i kwiatami dyni w Levadura de Olla w Oaxaca, podane w glinianej misie
Danie w Levadura de Olla, które bardziej się przeżywa niż zjada.

Najpierw na stole wylądowały wszystkie pomidory Oaxaca – w różnych odcieniach, ułożone jak mozaika. Od klasycznej czerwieni, przez purpurę, zieleń i żółć. Smakowały bardziej jak tropikalne owoce niż pomidory.

Potem przyszły tamale z sera requesón i kwiatami cukinii, podane z dwoma mole: negro i coloradito.

Dalej machucadas – proste, rustykalne danie z niedopieczonych tortilli i sosów – oraz lokalne odmiany dyni, pełne tekstur i głębokich smaków.

Do tego drinki z mezcalem: mezcalpiña z marakują, cilantro mojito, chalchiuhtlicue. I bezalkoholowy sok z agawy oraz pozontle – prekolumbijski, ceremonialny napój, podany w skorupce z tykwy.

Na koniec flan de calabaza, lekki jak chmurka, i café de olla – tradycyjna meksykańska kawa parzona w glinianym garnku z cynamonem i piloncillo.

Siedzieliśmy tam ponad dwie godziny. Nie spieszyliśmy się. Bo to był ostatni posiłek w Oaxaca. I chciałam go zapamiętać.

Rachunek: 3000 pesos (około 600 PLN).

Kawa podana w glinianej filiżance w Levadura de Olla w Oaxaca
Kawa w glinie, podana na zakończenie posiłku – cicha kropka nad całą opowieścią.

Praktyczne szczegóły – zanim zamknę ten rytuał

Poniżej zebrałam kilka prostych informacji, które pomogą Ci w drodze do Oaxaca – nie po to, żeby planować wszystko, tylko żeby było Ci lżej po drodze.

Jak się dostać z Mexico City do Oaxaca?

Masz dwie główne opcje: autobus albo samolot.

1. Autobus ADO Platino (9-9,5 godziny)

Linia ADO oferuje kilka standardów przejazdu – od tańszych, bardziej podstawowych opcji po najbardziej komfortowy wariant ADO Platino, który my wybraliśmy.

ADO Platino to wersja dla tych, którzy wolą dojechać w spokoju.

Cena: 1480 pesos za osobę (około 296 PLN)

Co w cenie: 25 miejsc na pokładzie, rozkładane fotele z podnóżkami, telewizor, toaleta

Uwaga: Droga kręta, autobus mocno buja – nie dla wrażliwych żołądków.

Pierwsza godzina to wyjazd z Mexico City – korki i miasto. Potem droga się otwiera, a za oknem pojawia się Puebla, majestatycznie położona u podnóża dwóch wulkanów.

Tańsze opcje ADO (np. ADO Clásico lub ADO GL) są mniej wygodne, ale nadal bezpiecznie dowiozą Cię do Oaxaca, jeśli liczysz budżet.

Praktyczna wskazówka: nie planuj niczego na dzień przyjazdu. Będziesz zmęczona. Najlepszy plan to talerz dobrego jedzenia i łóżko.

Wnętrze autobusu ADO Platino na trasie Mexico City – Oaxaca
Autobus ADO Platino. Dziewięć godzin drogi, które uczą cierpliwości – i dają czas, żeby naprawdę odpocząć.

2. Samolot (1 h 15 min)

Cena: około 600-1000 pesos (czyli mniej więcej 120-200 PLN w jedną stronę)

Paradoksalnie lot bywa tańszy niż nocny autobus ADO Platino i oszczędza cały dzień drogi.

To najszybsza opcja, ale pozbawia Cię moment przejścia – powolnej zmiany krajobrazu i rytmu drogi, który dla mnie był ważną częścią tej podróży.

Kiedy warto: jeśli masz mało czasu albo źle znosisz długie podróże autobusem.

Ile dni potrzebujesz?

Minimum 3 dni. Ale szczerze? Daj sobie 5-7 dni, jeśli możesz.

Oaxaca to nie miasto, przez które się przechodzi. To miasto, które trzeba poczuć. A to wymaga czasu.

Kobieta spacerująca po kolorowej ulicy w Oaxaca, Meksyk, w słoneczny dzień
Na Oaxaca potrzeba minimum 3 dni, ale 5-7 dni pozwala naprawdę ją poczuć.

Jak się poruszać?

Najwięcej zobaczyliśmy, chodząc pieszo. Reszta była tylko dodatkiem.

Pieszo: centrum jest kompaktowe. Większość miejsc da się zwiedzić pieszo. I warto. Bo wtedy widzisz więcej.

Taksówki: 40-80 pesos za przejazd (ok. 8-16 PLN). Negocjuj cenę przed wejściem lub upewnij się, że taksometr jest włączony.

Autobusy i mototaxi: traktowaliśmy je jako część krajobrazu, nie planu – czasem po prostu się zdarzały.

Shuttle do Monte Albán: 120 pesos (ok. 24 PLN) vs około 1000 pesos za taksówkę (ok. 200 PLN).

Lokalny autobus w Oaxaca na wąskiej ulicy miasta – codzienny transport mieszkańców
Lokalny autobus w Oaxaca. Najprostszy sposób, żeby zobaczyć miasto takim, jakie jest naprawdę.

Bezpieczeństwo?

Normalne miejskie zasady. W ciągu dnia czuliśmy się swobodnie niemal wszędzie. Wieczorem wracaliśmy głównymi ulicami i to w zupełności wystarczało.

Ile kosztuje dzień w Oaxaca?

To jedno z najczęstszych pytań, jakie dostaję przy planowaniu podróży do Oaxaca. Dobra wiadomość: to miasto da się poczuć bez dużego budżetu.

Na co dzień (jedzenie + napoje + transport): ok. 140-200 PLN dziennie, jeśli jesz zarówno street food, jak i w zwykłych restauracjach.

Nocleg: sensowne pensjonaty i małe hotele kosztują od 300 do 450 PLN za noc, a bardzo dobre hotele butikowe od 600 do 900 PLN za noc.

Restauracja Michelin: ok. 300 PLN za osobę.

Kawa café de olla w kawiarni w Oaxaca, Meksyk.
Codzienne przyjemności, jak kawa w lokalnej kawiarni w Oaxaca, są przystępne cenowo i łatwo mieszczą się w dziennym budżecie.

Podróżuj lżej, zanim wyruszysz.

Jeśli planowanie podróży bywa bardziej męczące niż ekscytujące,
zacznij od czegoś prostego.

Pobierz Plan Minimum - Podróż bez pośpiechu:

krótki, darmowy przewodnik, który pomaga odciążyć plan i zostawić więcej przestrzeni na drogę.

Kiedy jechać do Oaxaca?

Ja byłam w grudniu. I trudno byłoby wyobrazić sobie lepszy moment.

W dzień 20-25°C, wieczorami chłodniej. Idealnie na długie spacery, siedzenie w kawiarniach, jedzenie na ulicy bez zmęczenia upałem. Miasto oddycha spokojnie. Ty też.

Jeśli nie grudzień, to listopad-marzec w ogóle są bardzo dobrym czasem na Oaxaca. Sucho, jasno, przyjemnie. Bez skrajności.

Wiosna bywa cieplejsza, ale nadal dobra, jeśli lubisz słońce i wolniejsze tempo w ciągu dnia.

Lato (lipiec-sierpień) to już inna historia. Deszcze, wilgoć, cięższe powietrze. Da się, ale to nie ten rytm, który sprzyja błądzeniu bez celu.

Oaxaca najlepiej smakuje wtedy, gdy możesz po prostu iść przed siebie. Dlatego pora roku naprawdę ma znaczenie.

Reszta i tak wydarzy się pomiędzy – w kawiarni bez stolika, na ulicy z kubkiem tejate w dłoni, w momentach, których nie da się zaplanować.

Grudzień w Oaxaca – słoneczny dzień w historycznym centrum miasta
Grudzień w Oaxaca to słońce w ciągu dnia i idealne warunki do spokojnego zwiedzania.

Moja najważniejsza lekcja

Ostatniego wieczoru siedziałam na patio w Casa Arrona z kubkiem café de olla w ręku. Wiedziałam już, że jutro wracamy do Mexico City. A potem do domu. I że część mnie zostanie tutaj.

Bo Oaxaca to nie jest miejsce, które się zwiedza i zamyka. To miejsce, które zostaje w Tobie.

W zapachu copalu. W smaku tejate pitego na ulicy. W dźwięku fajerwerków na Monte Albán. W obrazie dziewczynki dmuchającej suszarką w żar comal.

Przez te cztery dni nauczyłam się czegoś prostego: podróżowanie to nie lista. To nie „zaliczyłam, zobaczyłam, byłam”. To sposób bycia. Umiejętność zatrzymania się i powiedzenia: to wystarczy. Nie muszę iść dalej.

Siedzieć przy stoliku w Metate Cocina i jeść empanadas z glinianej miski. Stać na ulicy z kubkiem tejate w ręku. Patrzeć, jak procesja ślubna przechodzi przez plac. Słuchać historii o mole, które robiła czyjaś babcia.

To wystarczy. A może nawet więcej niż wystarczy.

Bo najlepsze miejsca to te, których nie ma na mapach. Dziewczynka z suszarką. Stoisko na targu pełne mieszkańców. Puste Barrio de Jalatlaco. Sklep z barro negro, gdzie każdy przedmiot ma swoją historię.

Oaxaca wymaga cierpliwości. Nie można się spieszyć, bo pęknie. Trzeba dać jej czas. I jeśli to zrobisz – to miasto odda ci coś bardzo rzadkiego.

Nie obraz. Nie zdjęcie. Tylko uczucie.

Ten przewodnik po Oaxaca nie jest listą atrakcji, tylko zaproszeniem do zwolnienia i zobaczenia Meksyku inaczej.

Bo Oaxaca to nie jest miejsce do zwiedzania. To miejsce do poczucia.

Byłaś w Oaxaca? Co smakowało Ci najbardziej – tejate z wózka, tlayudas z plastikowego stolika, czy może mole w restauracji Michelin? A może znalazłaś swoje własne miejsce, którego nie ma w żadnym przewodniku?

Napisz do mnie – chętnie poznam Twoje odkrycia!

Jeśli podobał Ci się ten artykuł, podziel się nim z przyjaciółką, która marzy o Meksyku. A jeśli chcesz więcej takich szczerych przewodników bez pośpiechu i presji „musisz zobaczyć wszystko” – zapisz się do mojego newslettera.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *