Czasem wydaje nam się, że tęsknimy za jakimś miejscem.
Za ulicą w Rzymie. Za oceanem w Portugalii. Za małą kawiarnią w Meksyku. Za zachodem słońca gdzieś, gdzie było ciepło, cicho i przez chwilę wszystko wydawało się prostsze.
Ale ostatnio coraz częściej myślę, że bardzo często nie tęsknimy za miejscem.
Tęsknimy za sobą w tym miejscu.
Za wersją siebie, która miała więcej czasu. Która była bardziej obecna. Mniej zmęczona. Mniej spięta. Mniej w trybie przetrwania.
Za sobą, która nie sprawdzała telefonu od razu po przebudzeniu. Która piła kawę bez pośpiechu. Która szła przed siebie bez listy spraw do załatwienia. Która przez chwilę była gdzieś naprawdę – a nie gdzieś i jednocześnie myślami zupełnie gdzie indziej.
I chyba właśnie dlatego niektóre podróże zostają z nami tak długo.
Nie tylko przez widoki.
Nie tylko przez zdjęcia.
Nie tylko przez miejsca, które zobaczyłyśmy.
Ale przez to, kim przez chwilę mogłyśmy tam być.
Wolisz słuchać niż czytać?
Ten temat poruszam też w odcinku podcastu Runaway Ann: „Dlaczego najbardziej tęsknimy nie za miejscami, tylko za wersją siebie z podróży?”.
Czy tęsknimy za miejscem, czy za uczuciem?
Mam kilka miejsc, o których myślę regularnie.
Nie powiem jakich, bo to naprawdę nie ma znaczenia. Ważne jest to, że przez długi czas wydawało mi się, że tęsknię właśnie za nimi.
Za konkretnym miastem.
Za konkretnym widokiem.
Za konkretnym klimatem.
A potem zaczęłam się nad tym głębiej zastanawiać i zauważyłam coś dziwnego.
Że często najmocniej pamiętam nie samo miejsce. Tylko to, jaka tam byłam.
Pamiętam, że rano nie sprawdzałam telefonu od razu po przebudzeniu. Że miałam czas usiąść przy kawie i nie robić jednocześnie nic innego.
Że szłam gdzieś bez pośpiechu – nie dlatego, że nie miałam dokąd iść, ale dlatego, że nie musiałam być nigdzie za pięć minut.
Byłam bardziej obecna.
Bardziej miękka.
Bardziej ciekawa tego, co jest dookoła.
I wtedy pojawiła się myśl, która trochę mnie zaskoczyła:
Może ja nie tęsknię za tym miejscem.
Może tęsknię za sobą z tamtego czasu.
Za tą wersją siebie, która wstawała bez alarmu. Która nie miała listy rzeczy do zrobienia. Która patrzyła na miasto bez planu i bez telefonu w ręku. Która była gdzieś naprawdę, zamiast cały czas myśleć o tym, co jeszcze trzeba zrobić.
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że tęsknota za podróżą to bardzo często tęsknota za wersją siebie, którą w podróży udaje nam się spotkać.
W podróży łatwiej wyjść z automatyzmu
Podróż robi coś bardzo konkretnego.
Wyciąga nas z automatyzmu.
W domu mamy rutynę. I rutyna sama w sobie nie jest zła. Daje strukturę, bezpieczeństwo i poczucie, że wiemy, co będzie. Ale rutyna potrafi też bardzo skutecznie wyłączyć uważność.
Kiedy robisz coś setny raz, przestajesz to naprawdę robić.
Robisz to na autopilocie.
Budzisz się. Sięgasz po telefon. Kawa. Praca. Lunch przy biurku. Spotkanie. Maile. Kolacja. Netflix. Sen. I znowu.
I w tym wszystkim bardzo łatwo zgubić coś ważnego.
Siebie.
Podróż przerywa ten schemat. Nagle nie masz tych samych obowiązków. Nie odpowiadasz na te same wiadomości. Nie jesteś przez cały dzień w tej samej roli. Nie musisz od razu przechodzić od jednej rzeczy do następnej.
I w tej przerwie od automatyzmu bardzo często pojawia się wersja nas, którą trudno usłyszeć w codziennym życiu.
Spokojniejsza.
Lżejsza.
Bardziej obecna.
Bardziej spontaniczna.
Bardziej otwarta na to, co wydarzy się za rogiem.
Czasem najbardziej pamiętamy zwykłe momenty
Pamiętam taki moment z jednej podróży.
Byłam gdzieś sama i miałam jedno popołudnie bez planu. Zamiast sprawdzać, co jeszcze warto zobaczyć, po prostu poszłam przed siebie.
I okazało się, że za dwie ulice jest targ, o którym nigdzie wcześniej nie czytałam. Spędziłam tam prawie dwie godziny. Rozmawiałam z kimś, kto sprzedawał ceramikę i opowiadał mi o swojej rodzinie.
Nic spektakularnego.
Żadne „must see”.
Żadne zdjęcie, które zebrałoby dużo polubień.
A jednak to jest jeden z momentów, które pamiętam najlepiej.
Nie dlatego, że wydarzyło się coś wielkiego.
Tylko dlatego, że byłam tam naprawdę.
Nie dokumentowałam. Nie odhaczałam. Nie zastanawiałam się, czy dobrze wykorzystuję czas.
Po prostu byłam.
I myślę, że dlatego podróże potrafią być tak emocjonalnie uzależniające.
Bo przez chwilę czujemy się bliżej siebie.
Przez chwilę jesteśmy tą wersją siebie, którą lubimy. Tą, która ma czas. Tą, która jest ciekawa. Tą, która nie spieszy się do następnego punktu na liście.
Problem zaczyna się po powrocie
A potem wracamy.
I nagle budzik znowu dzwoni za wcześnie. Telefon znowu przejmuje uwagę, zanim jeszcze wstaniemy z łóżka. Dni znowu zaczynają wyglądać podobnie. Wszystko przyspiesza.
I bardzo łatwo pomyśleć:
Muszę znowu gdzieś wyjechać.
Znam to uczucie bardzo dobrze.
Ten moment po powrocie, kiedy walizka jeszcze stoi nierozpakowana, a ty już sprawdzasz kolejne loty. Jakby powrót do domu był czymś, z czym trzeba sobie poradzić. Jakby codzienność była problemem, a podróż – rozwiązaniem.
Przez długi czas też tak to traktowałam.
Ale z czasem zaczęłam się zastanawiać: czy naprawdę chodzi o wyjazd?
Czy może chodzi o to, że tylko w podróży pozwalam sobie żyć trochę wolniej i bardziej świadomie?
Że tylko tam daję sobie prawo do wolnego poranka. Do kawy bez pośpiechu. Do chodzenia bez celu. Do bycia – po prostu bycia – bez poczucia, że powinnam być jednocześnie produktywna.
I to jest dla mnie jedna z najtrudniejszych obserwacji z tych wszystkich lat podróżowania.
Że czasem nie tęsknimy za oceanem.
Tęsknimy za wersją siebie, która miała czas usiąść i patrzeć na ocean bez poczucia winy.
Ta wersja siebie nie mieszka w Lizbonie ani w Meksyku
Najłatwiej byłoby powiedzieć, że tamta wersja nas istnieje tylko w podróży.
Że pojawia się dopiero na lotnisku. W hotelu. W obcym mieście. Przy stoliku w kawiarni, w której nikt nas nie zna.
Ale coraz bardziej wierzę, że to nieprawda.
Ta spokojniejsza, bardziej obecna, lżejsza wersja siebie nie mieszka w Lizbonie, Meksyku, Portugalii, Rzymie ani na Bali.
Ona jest w nas.
Tylko w codzienności bardzo trudno ją usłyszeć.
Bo codzienność ma swoją własną logikę. Przyspiesza nas. Wciąga w obowiązki. Przypomina o mailach, rachunkach, terminach, zakupach, praniu i rzeczach, które trzeba załatwić.
I zanim się obejrzymy, znowu jesteśmy w trybie przetrwania.
Nie dlatego, że tak chcemy.
Tylko dlatego, że tak łatwo w to wejść.
Jak stworzyć życie, z którego nie trzeba ciągle uciekać?
To pytanie coraz częściej wraca do mnie po podróżach.
Nie: gdzie pojechać dalej?
Tylko: jak stworzyć życie, z którego nie trzeba ciągle uciekać?
Wiem, że to brzmi poważnie. I nie chcę przez to powiedzieć, że podróżowanie jest zawsze ucieczką. Nie sądzę, żeby było.
Podróże dają coś prawdziwego i ważnego. Dają perspektywę, nowość, przerwę od schematu. Pomagają zobaczyć życie z innego miejsca.
Ale zaczęłam się zastanawiać, czy nie mogę zabrać ze sobą do domu przynajmniej części tego, co czuję w podróży.
Nie całe miejsce.
Nie cały klimat.
Nie ten sam ocean, tę samą ulicę, tę samą kawiarnię.
Ale sposób bycia.
Trochę więcej obecności.
Trochę mniej pośpiechu.
Trochę więcej zgody na to, że nie każda chwila musi być produktywna.
Co można zabrać z podróży do codzienności?
Nie chodzi o wielkie zmiany.
Chodzi o małe rzeczy.
O spokojniejszy poranek. Nie sprawdzanie telefonu przez pierwsze pół godziny. Kawę wypitą bez scrollowania – przy oknie, bez robienia w tym samym czasie pięciu innych rzeczy.
Tak jak robiłyśmy to w tamtej kawiarni, w tamtym miejscu, za którym teraz tak tęsknimy.
O spacer bez słuchawek.
Bez podcastu.
Bez listy spraw do przemyślenia.
Tylko chodzenie i patrzenie.
O więcej obecności w zwykłych momentach. W kolacji. W rozmowie. W drodze do sklepu. W tym, co jest teraz – a nie tylko w tym, co będzie za godzinę.
Bo może największą wartością podróży nie jest samo miejsce.
Może jest nią przypomnienie sobie, jak chcemy się czuć.
I może nie wszystko z tej wersji siebie musi zostawać na lotnisku po powrocie.
Za czym tak naprawdę tęsknisz po podróży?
Wiem, że to łatwiej powiedzieć niż zrobić.
W domu jest praca. Są obowiązki. Są ludzie, którzy czekają na odpowiedź. Są rzeczy, które nie zrobią się same.
Codzienność bardzo skutecznie wciąga z powrotem.
Ale myślę, że już samo zadanie sobie pytania: „Za czym właściwie tęsknię, kiedy tęsknię za podróżą?” może być bardzo ważne.
Bo odpowiedź często mówi nam coś nie tyle o miejscu, do którego chcemy wrócić.
I kiedy to zobaczymy, tęsknota po podróży przestaje być tylko smutkiem.
Może stać się wskazówką.
Pokazać nam, czego brakuje nam w codzienności.
Więcej ciszy?
Więcej swobody?
Więcej czasu bez telefonu?
Więcej chodzenia bez celu?
Więcej bycia z kimś bez pośpiechu?
Więcej siebie?
Podróżuj lżej, zanim wyruszysz.
zacznij od czegoś prostego.
Pobierz Plan Minimum - Podróż bez pośpiechu:
Podróż bez pośpiechu
Myślę, że właśnie dlatego tak dużo piszę i mówię o podróżowaniu bez pośpiechu.
Bo dla mnie ono coraz mniej oznacza „zobaczyć świat”.
A coraz bardziej – zobaczyć siebie trochę wyraźniej.
I chyba dokładnie z tej potrzeby powstał e-book „Podróż bez pośpiechu”. Nie jako plan idealnych wakacji. Bardziej jako próba zatrzymania tego uczucia obecności trochę dłużej niż tylko na czas wyjazdu.
To przewodnik po spokojniejszym podróżowaniu – bez presji odhaczania, bez szukania idealnego kierunku i bez poczucia, że dobra podróż musi być wypełniona po brzegi.
Może nie trzeba czekać na następny wyjazd
Może dlatego niektóre podróże zostają z nami na lata.
Nie przez widoki. Nie przez zdjęcia. Nie przez atrakcje, które zaliczyłyśmy i które możemy pokazać innym.
Tylko dlatego, że przez chwilę byłyśmy w nich bardziej sobą niż zwykle.
Cichsze.
Spokojniejsze.
Bardziej obecne.
Bliżej tego, kim naprawdę jesteśmy – albo kim chciałybyśmy być na co dzień.
I może właśnie za tym tęsknimy najbardziej.
Nie za miejscem.
Za wersją siebie, którą tam spotkałyśmy.
A jeśli tak, to może nie trzeba czekać na następny wyjazd, żeby znowu ją poczuć.
Może można zacząć od czegoś bardzo małego.
Od poranka bez telefonu.
Od kawy wypitej bez pośpiechu.
Od spaceru, który nie jest tylko przejściem z jednego obowiązku do drugiego.
Od pytania:
Kim jestem w podróży, za kim tak bardzo tęsknię?
I co mogę zrobić, żeby ta wersja mnie miała trochę więcej miejsca także tutaj, w codziennym życiu?
Bo może podróże nie tylko pokazują nam świat.
Może czasem pokazują nam nas same.
Takie, jakimi jesteśmy wtedy, kiedy w końcu mamy przestrzeń, żeby naprawdę być.
