Przejdź do treści

Czy da się jeszcze pojechać gdzieś po raz pierwszy?

dlaczego-podroze-coraz-rzadziej-nas-zaskakuja

Pamiętam moment, kiedy siedziałam w kawiarni w bardzo modnym miejscu i pomyślałam coś dziwnego.

Że właściwie mogłabym być w Tulum. Albo na Bali. Albo w Lizbonie. Albo w Los Angeles.

I wyglądałoby to prawie tak samo.

Te same latte w szklance. Ten sam beton, drewno i len. Te same rośliny w donicach. Ta sama czcionka na menu. To samo zimne, matowe światło, które dobrze wychodzi na zdjęciach.

A za oknem – nieważne co.

Bo wnętrze mogło być wszędzie.

I wtedy pomyślałam o czymś jeszcze dziwniejszym: czy da się jeszcze pojechać gdzieś naprawdę po raz pierwszy?

Czy świat faktycznie zrobił się bardziej podobny do siebie? Czy to raczej my zaczęliśmy patrzeć na niego w ten sam sposób?

I czy problem leży w miejscach, które odwiedzamy, czy w nas – w tym, jak podróżujemy, co wcześniej oglądamy i czego oczekujemy, zanim jeszcze gdziekolwiek dotrzemy?

Wolisz słuchać niż czytać?

Ten temat poruszam też w odcinku podcastu Runaway Ann: Czy da się jeszcze pojechać gdzieś po raz pierwszy?

Internet zobaczył miejsca przed nami

Kiedyś podróż oznaczała wejście w coś nieznanego.

Nie wiedziałaś, jak wygląda hotel od środka. Nie wiedziałaś, jak smakuje lokalne jedzenie.

Nie wiedziałaś, jak wygląda ta jedna uliczka o poranku, kiedy nie ma jeszcze turystów.

Nie wiedziałaś, jak pachnie miasto po deszczu albo jak brzmi wieczorem, kiedy zamykają się sklepy.

Nie wiedziałaś, bo nie miałaś skąd wiedzieć.

Dziś często wiesz wszystko, zanim wsiądziesz do samolotu.

Widziałaś kawiarnię, w której będziesz siedzieć – na czyimś Instagramie, sześć miesięcy wcześniej.

Widziałaś widok z balkonu hotelu – w recenzji, z dokładnym opisem, z której strony wychodzi słońce.

Widziałaś tę plażę o zachodzie słońca – na rolce z drona, z muzyką w tle i podpisem: „miejsce, które zmieniło moje życie”.

Wiesz, gdzie zrobić zdjęcie. Wiesz, co zamówić. Wiesz, gdzie usiąść, żeby widok był najlepszy.

I kiedy w końcu docierasz na miejsce, twój mózg mówi:

No tak. To to.

Nie zawsze pojawia się zaskoczenie. Nie zawsze jest ten moment, kiedy skręcasz za róg i nagle widzisz coś, czego się nie spodziewałaś. Coś, czego nikt wcześniej nie pokazał ci w rolce, przewodniku albo na Pintereście.

Bo w pewnym sensie już tam byłaś.

Nie fizycznie.

Ale obrazowo.

Przez ekran.

Czy podróżujemy po doświadczenie, czy po potwierdzenie?

Coraz częściej mam wrażenie, że jedziemy do miejsc nie po to, żeby je odkryć, ale żeby potwierdzić obraz, który już mamy w głowie.

Zobaczyć, czy naprawdę wygląda tak, jak na zdjęciach.

Usiąść przy tym samym stoliku.

Zrobić podobne ujęcie.

Zamówić to samo danie, które wszyscy polecają.

I oczywiście – nie ma w tym nic złego. Sama zapisuję miejsca. Sama robię research. Sama lubię wiedzieć, gdzie dobrze zjeść albo która okolica ma klimat, który może mi się spodobać.

Ale czasem ta granica robi się bardzo cienka.

Bo obraz już mamy. Mamy go od tygodni, miesięcy, czasem lat przeglądania cudzych podróży. Jedziemy więc właściwie po potwierdzenie. Po możliwość powiedzenia: byłam, widziałam, zgadza się.

A potwierdzenie rzadko zachwyca.

Zachwyt częściej pojawia się wtedy, kiedy coś nas lekko wybija z oczekiwań.

Kiedy miejsce nie jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałyśmy.

Kiedy nie wiemy, gdzie skręcić.

Kiedy nie mamy gotowej listy.

Kiedy naprawdę musimy patrzeć.

Podróż copy-paste

Chcę powiedzieć coś, co może zabrzmieć ostro, ale myślę, że wiele osób to czuje.

Coraz więcej miejsc wygląda tak samo.

Te same betonowe ściany. Te same drewniane blaty. Te same minimalistyczne kawiarnie. Te same „autentyczne” wnętrza, które wyglądają tak, jakby ktoś zaprojektował je przede wszystkim pod zdjęcia.

Czasem, jadąc na drugi koniec świata, mam wrażenie, że trafiam do internetowej wersji miejsca, a nie do samego miejsca.

Nie dlatego, że ktoś robi to ze złej woli.

Po prostu miejsca uczą się, czego od nich oczekujemy.

Widzą, które zdjęcia dostają najwięcej polubień. Widzą, jaki styl przyciąga turystów. Widzą, co wygląda dobrze na Instagramie. I dostosowują się.

W efekcie powstaje coś, co można nazwać podróżą copy-paste.

Jedziesz daleko, zmieniasz walutę, język i strefę czasową, a potem siedzisz w kawiarni, która wygląda jak wersja miejsca, w którym byłaś już kilka razy. Tylko z innym napisem nad wejściem.

To nie znaczy, że takie miejsca są złe.

Często są piękne. Wygodne. Przyjemne.

Ale czasem trudno w nich poczuć, gdzie naprawdę jesteś.

Kiedy najpierw szukamy kadru

Pamiętam, jak weszłam kiedyś do bardzo popularnego, fotografowanego miejsca i pierwsze, co zrobiłam, to odruchowo sprawdziłam, z którego kąta robi się tam zdjęcia.

Zanim zdążyłam poczuć, gdzie jestem.

Zanim zdążyłam się rozejrzeć.

Zanim w ogóle zapytałam siebie, czy to miejsce mi się podoba.

I to mnie zatrzymało.

Bo zrozumiałam, że przez pierwsze pół godziny wcale nie byłam w tym miejscu.

Byłam w trybie dokumentowania.

Zbierania materiału.

Odtwarzania obrazów, które widziałam wcześniej.

To był dziwny moment, ale bardzo ważny.

Bo czasem bardziej pamiętam, jak miejsce wyglądało online, niż jak się w nim czułam.

I chyba właśnie w tym zdaniu mieści się sedno problemu.

Problem nie leży tylko w miejscach

Nie chcę powiedzieć, że Instagram jest zły.

Nie chcę powiedzieć, że robienie zdjęć z podróży jest złe.

Nie chcę też powiedzieć, że miejsca stały się gorsze.

Chodzi mi raczej o to, co dzieje się z naszą uwagą, kiedy jesteśmy ciągle przebodźcowane obrazami.

Kiedy widziałyśmy tysiące zdjęć z tysiąca miejsc, nasz mózg zaczyna być zmęczony zachwycaniem się.

Zachwyt potrzebuje choć odrobiny nowości. A nowość jest coraz trudniejsza do znalezienia, kiedy wszystko widziałyśmy już wcześniej – przynajmniej na ekranie.

Do tego dochodzi jeszcze jedno: podróżowanie oczami innych ludzi.

Kiedy scrollujemy cudze podróże, mimowolnie przejmujemy cudze priorytety.

Cudze punkty widokowe.

Cudze „must eat”.

Cudze „ukryte perełki”, które po kilku viralowych filmikach przestają być ukryte.

Cudze definicje tego, co warto zobaczyć.

A potem jedziemy i szukamy tego samego.

Nie zawsze tego, czego naprawdę chcemy.

Tylko tego, co inni pokazali nam jako warte uwagi.

A to są dwie różne rzeczy.

Coraz trudniej patrzeć własnymi oczami

Myślę, że największym problemem nie jest to, że świat zrobił się nudny.

Problemem jest to, że coraz trudniej zobaczyć go własnymi oczami.

Bo zanim gdziekolwiek pojedziemy, już wiemy, co powinno nas zachwycić. Już mamy listę. Już mamy zapisane miejsca. Już wiemy, które kadry są „najlepsze”.

I przez to czasem nie zostawiamy miejsca na własne doświadczenie.

Na to, że może spodoba nam się coś innego.

Może nie ta słynna kawiarnia, tylko mała piekarnia obok hotelu.

Może nie punkt widokowy z rolki, tylko zwykła ławka w cieniu.

Może nie restauracja z listy, tylko miejsce, do którego weszłyśmy przypadkiem, bo zaczęło padać.

Tylko żeby to zauważyć, trzeba mieć trochę przestrzeni.

A my często przyjeżdżamy z podróżą zaplanowaną tak dokładnie, że miejsce ma bardzo mało szans, żeby nas zaskoczyć.

Co pomaga mi naprawdę poczuć miejsce?

Z czasem zaczęłam robić kilka rzeczy inaczej.

Nie wszystkie naraz. To był raczej powolny proces.

Mniej researchu przed wyjazdem

Wiem, że to brzmi trochę nierozsądnie, bo research daje poczucie bezpieczeństwa. Czujemy się przygotowane. Mamy plan. Wiemy, czego się spodziewać.

Ale odkryłam, że im mniej wiem przed przyjazdem, tym więcej jestem w stanie zobaczyć na miejscu.

Miasto, do którego przyjeżdżam bez listy „must eat” i bez zapisanych dwudziestu lokalizacji, jest zupełnie innym miastem niż to, które mam zmapowane co do ulicy.

Pierwsze jest żywe.

Drugie jest zadaniem do wykonania.

Nie chodzi o to, żeby niczego nie sprawdzać. Chodzi raczej o to, żeby nie odebrać sobie całego zaskoczenia jeszcze przed wyjazdem.

Mniej zapisywania wszystkiego

Druga rzecz to mniej zapisywania rolek i miejsc w trakcie samej podróży.

Nauczyłam się oddzielać czas na dokumentowanie od czasu na bycie.

Kiedy jestem – jestem.

Kiedy dokumentuję – dokumentuję.

Te dwie rzeczy rzadko działają dobrze w tym samym momencie.

Jeśli cały czas myślę o tym, jak coś pokażę, trudniej mi zauważyć, jak naprawdę się tam czuję.

Więcej błądzenia

Trzecia rzecz to więcej błądzenia.

Zostawiam sobie czas bez celu. Godzinę, dwie, czasem całe popołudnie – bez miejsca, do którego muszę dojść, bez punktu docelowego, bez planu.

I właśnie wtedy często wydarzają się rzeczy, których nie ma na żadnej liście.

Ulica, w którą skręcam, bo wygląda ciekawie.

Zapach z piekarni, który mnie zatrzymuje.

Rozmowa, której nie planowałam.

Widok, którego nikt mi wcześniej nie polecił.

To są często rzeczy nieinstagramowalne.

I właśnie dlatego są moje.

Najbardziej pamiętam miejsca, których nie próbowałam konsumować

Najbardziej pamiętam te podróże, w których przestałam próbować miejsce wykorzystać.

Nie zebrać z niego jak najwięcej.

Nie udowodnić, że było warto.

Nie wrócić z idealnym materiałem.

Tylko po prostu w nim być.

Kiedy konsumujesz miejsce, wracasz z kolekcją: zdjęć, wspomnień, punktów odhaczonych z listy.

Kiedy naprawdę jesteś, wracasz z czymś trudniejszym do nazwania.

Z jakimś odciskiem.

Z zapachem w pamięci.

Z uczuciem, które wraca kilka tygodni później bez konkretnego powodu.

I myślę, że właśnie po to nadal chcę podróżować.

Nie po to, żeby zobaczyć kolejne miejsce, które już znam z internetu.

Tylko po to, żeby dać mu szansę stać się moje.

Czy da się jeszcze pojechać gdzieś po raz pierwszy?

Może dzisiaj „pojechać gdzieś po raz pierwszy” nie oznacza już, że nigdy wcześniej nie widziałaś tego miejsca.

Bo prawdopodobnie widziałaś.

Na zdjęciach.

W rolkach.

W przewodnikach.

W cudzych relacjach.

Może dziś pojechać gdzieś po raz pierwszy oznacza coś innego.

Być tam naprawdę obecną.

Nie tylko potwierdzać obraz, który już miałaś w głowie.

Nie tylko szukać kadrów, które widziałaś wcześniej.

Nie tylko odtwarzać cudzą podróż.

Ale pozwolić sobie zobaczyć miejsce po swojemu.

Nawet jeśli nie będzie wyglądało jak najpopularniejszy kadr z internetu.

Nawet jeśli zachwyci cię coś zupełnie zwykłego.

Nawet jeśli najlepszy moment nie będzie nadawał się do pokazania.

Może problem nie polega na tym, że świat stał się mniej ciekawy.

Może po prostu coraz trudniej patrzeć na niego własnymi oczami.

I może właśnie to jest dziś największym luksusem w podróży.

Nie daleki kierunek.

Nie idealny hotel.

Nie miejsce, którego jeszcze nikt nie odkrył.

Tylko chwila, w której naprawdę jesteś tam, gdzie jesteś.

Bez porównywania.

Bez odtwarzania.

Bez patrzenia przez ekran.

Na koniec zostawiam Cię z pytaniem:

Czy masz czasem wrażenie, że miejsca zaczynają wyglądać podobnie? Że coraz trudniej się naprawdę zaskoczyć?

A może masz swój sposób na to, żeby zobaczyć miejsce naprawdę – nie przez cudze zdjęcia, nie przez listę poleceń, ale własnymi oczami?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *