Przejdź do treści

Dlaczego wszystko, co daleko, wydaje się ciekawsze?

dlaczego-dalekie-miejsca-wydaja-sie-ciekawsze

Ostatnio coraz częściej słyszę od znajomych tutaj, w Stanach: „Jedziemy do Polski” albo „Właśnie wróciliśmy z Polski i było niesamowicie”.

I za każdym razem zaskakuje mnie to, o czym opowiadają.

Zachwycają się starymi miastami, architekturą, kawiarniami, jedzeniem, zielenią i tym, że można chodzić godzinami.

Tym, że można wsiąść do pociągu i po kilku godzinach być w zupełnie innym mieście. Tym, że historia nie jest schowana wyłącznie w muzeum, ale właściwie otacza człowieka ze wszystkich stron.

Słucham ich i myślę:

Przecież to wszystko było obok mnie przez większość mojego życia.

I przez większość tego czasu wcale nie wydawało mi się aż tak wyjątkowe.

Bo chyba łatwiej zachwycić się czymś, co jest daleko. Łatwiej uznać za niezwykłe miejsce, do którego trzeba lecieć dziesięć godzin, niż to, do którego można dojechać pociągiem w jeden dzień.

Łatwiej marzyć o innym kontynencie niż o miasteczku godzinę od domu.

I właśnie dlatego zaczęłam się zastanawiać: dlaczego wszystko, co daleko, wydaje nam się ciekawsze?

Czy naprawdę potrzebujemy ciągle nowych miejsc? A może czasem potrzebujemy tylko nauczyć się patrzeć inaczej na te, które już mamy?

Wolisz słuchać niż czytać?

Ten temat poruszam też w odcinku podcastu Runaway Ann: Dlaczego wszystko, co daleko, wydaje się ciekawsze?

Kiedy własny kraj zaczyna wyglądać inaczej

Kiedy mieszkałam w Polsce, oczywiście wiedziałam, że jest piękna.

Jeździłam nad morze. Chodziłam po Gdańsku. Podróżowałam po kraju. Ale wiele rzeczy wydawało mi się zwyczajnych.

Morze było blisko. Stare kamienice były częścią codziennego krajobrazu. Lasy nie były atrakcją turystyczną. Po prostu tam były.

Pociągi, dzięki którym można było pojechać na weekend do innego miasta, też nie wydawały mi się jakimś szczególnym luksusem.

Dopiero po przeprowadzce do Stanów zaczęłam dostrzegać, jak wiele z tych rzeczy wcale nie jest oczywistych.

Tutaj odległości wyglądają inaczej. Miasto, które na mapie wydaje się niedaleko, może oznaczać kilka godzin jazdy samochodem. Nie wszędzie można po prostu wyjść z domu i spacerować bez konkretnego celu. Nie zawsze można wsiąść do pociągu i wysiąść w centrum innego miasta.

Historia wygląda inaczej. Architektura wygląda inaczej. Nawet sposób spędzania czasu w przestrzeni publicznej wygląda inaczej.

I nagle to, co kiedyś było dla mnie codziennością, zaczęło wydawać się czymś wyjątkowym.

Spacer po Gdańsku. Drożdżówka z piekarni. Letni wieczór nad Bałtykiem. Wycieczka pociągiem, podczas której nie trzeba prowadzić samochodu, szukać parkingu ani planować całej logistyki.

Czasem naprawdę trzeba stracić łatwy dostęp do czegoś, żeby zrozumieć, jak wielką miało wartość.

Ale nie chcę opowiadać tylko o tęsknocie za Polską. Bo myślę, że ten mechanizm działa wszędzie.

Niezależnie od tego, czy mieszkasz w Gdańsku, Krakowie, małym mieście, czy na przedmieściach Phoenix, prawdopodobnie masz wokół siebie miejsca, które przestałaś zauważać.

Nie dlatego, że są brzydkie albo nudne.

Tylko dlatego, że są znajome.

Dlaczego znajome miejsca przestają nas zachwycać?

Nowość ma w podróżowaniu ogromną siłę.

Nowe miejsce od razu uruchamia naszą uwagę. Patrzymy na budynki. Zauważamy kolory. Czytamy menu. Robimy zdjęcia zwykłym drzwiom, oknom i ulicom.

Chcemy wszystkiego spróbować.

Nawet poranna kawa smakuje inaczej, kiedy pijemy ją w obcym mieście.

A w domu?

Przechodzimy tą samą ulicą i prawie jej nie widzimy. Nie patrzymy w górę. Nie zastanawiamy się, co mieści się za rogiem. Jedziemy ciągle tą samą trasą. Wybieramy ten sam park, ten sam sklep, tę samą kawiarnię.

Nasz mózg przestaje zwracać uwagę na rzeczy, które dobrze zna.

To naturalne. Gdybyśmy codziennie zachwycali się każdym drzewem i każdą fasadą tak, jak podczas podróży, prawdopodobnie nigdy nie dotarłybyśmy do pracy.

Ale przez to bardzo łatwo pomylić znajomość z brakiem wartości.

Skoro coś widziałyśmy wiele razy, wydaje nam się, że już to znamy.

Skoro możemy pojechać tam w dowolnym momencie, nie jedziemy nigdy.

Bo zawsze znajdzie się coś ważniejszego.

Miejsca blisko domu najłatwiej odłożyć na „kiedyś”

Daleka podróż musi zostać zaplanowana. Kupujemy bilet. Rezerwujemy nocleg. Wpisujemy ją do kalendarza.

A miejsce oddalone o godzinę?

Może poczekać.

I właśnie przez to często czeka latami.

Myślę, że większość z nas ma takie miejsca. Muzeum w swoim mieście, do którego jeszcze nie dotarłyśmy. Park, który codziennie mijamy. Szlak godzinę od domu. Małe miasteczko, o którym mówimy: „Kiedyś trzeba tam pojechać”. Restaurację, która od dwóch lat jest zapisana na naszej liście.

Czasami lepiej znamy atrakcje miasta, w którym spędziłyśmy trzy dni, niż własną okolicę.

Bo tam byłyśmy turystkami.

A tutaj tylko mieszkamy.

Czy daleka podróż naprawdę jest więcej warta?

To, co daleko, często wydaje się bardziej wartościowe, ponieważ wymaga większego wysiłku.

Drogi bilet. Długi lot. Urlop. Planowanie. Walizka. Zmiana strefy czasowej.

Skoro tyle poświęciłyśmy, podróż musi być ważna. Musi być niezwykła. Musi coś znaczyć.

A wycieczka blisko domu?

Możemy wrócić tego samego dnia. Nie musimy nawet pakować walizki. I przez to łatwo potraktować ją jako coś mniejszego.

Jako zapychacz między prawdziwymi podróżami.

Tylko czy znaczenie podróży naprawdę zależy od tego, jak trudno było do niej dotrzeć?

Czy zachód słońca jest piękniejszy tylko dlatego, że oglądamy go na drugim końcu świata?

Czy rozmowa przy kawie staje się ważniejsza, jeśli odbywa się w Paryżu zamiast w kawiarni kilka ulic od domu?

Czy odpoczynek liczy się bardziej, jeśli poprzedza go dziesięciogodzinny lot?

Myślę, że przez lata same stworzyłyśmy sobie taką hierarchię.

Na samej górze są wielkie podróże. Egzotyczne kierunki. Odległe kontynenty. Miejsca z listy marzeń.

Poniżej są krótkie wyjazdy.

A gdzieś na samym dole znajduje się spacer po własnym mieście albo jednodniowa wycieczka.

Tylko że nasze emocje wcale nie zawsze przestrzegają tej hierarchii.

Czasem najbardziej zapamiętujemy nie wielką wyprawę, ale spokojny dzień, podczas którego nic szczególnego nie miało się wydarzyć.

Miejsce może być blisko, a mimo to dać nam dokładnie to, czego potrzebujemy: oddech, zmianę perspektywy, ciekawość, chwilę bez obowiązków.

A przecież właśnie tego często szukamy w podróżach.

Nie odległości samej w sobie.

Tylko poczucia, że na chwilę wyszłyśmy z codziennego trybu.

Cudzy zachwyt potrafi otworzyć oczy

Dlatego tak interesuje mnie zachwyt moich amerykańskich znajomych Polską.

Oni patrzą na nią bez całego bagażu zwyczajności.

Nie myślą: „Ach, kolejny stary budynek”.

Patrzą na detale. Pytają o historię. Zauważają, że ludzie siedzą w ogródkach kawiarni, spacerują po rynku i korzystają z przestrzeni miejskiej w sposób, który dla nas może wydawać się zupełnie normalny.

Dla nich nie jest.

I nagle cudze spojrzenie przypomina mi, że normalne nie oznacza nudne.

Normalne też może być piękne.

Po prostu czasem przestajemy to widzieć.

Jak być turystką we własnym mieście?

Wiem, że hasło „zostań turystą we własnym mieście” może brzmieć jak rada z przypadkowego poradnika. Ale nie chodzi mi o to, żeby odhaczać wszystkie lokalne atrakcje albo zmuszać się do zachwytu.

Chodzi raczej o sposób patrzenia.

Co robimy inaczej, kiedy podróżujemy?

Wychodzimy wcześniej z domu. Nie spieszymy się tak bardzo. Sprawdzamy, gdzie można zjeść coś dobrego. Wchodzimy do miejsc, obok których normalnie byśmy przeszły. Pozwalamy sobie zgubić się w bocznych uliczkach. Siadamy na ławce tylko dlatego, że widok jest ładny.

Nie traktujemy każdej minuty jako przejścia między jednym obowiązkiem a drugim.

Może właśnie to możemy zabrać z podróży do własnego życia.

Nie tylko pamiątki i zdjęcia.

Ale uważność.

Lokalna podróż też potrzebuje granic

Podróżowanie blisko domu bywa trudniejsze, niż się wydaje.

W dalekiej podróży mamy oficjalne pozwolenie, żeby odłączyć się od codzienności. Pakujemy rzeczy. Wyjeżdżamy. Przestajemy na chwilę być dostępne dla wszystkiego.

W lokalnej podróży codzienność cały czas jest blisko.

Możemy przecież wrócić i zrobić pranie. Odpisać na wiadomości. Załatwić zakupy. Posprzątać.

Dlatego czasem nie wystarczy po prostu pojechać niedaleko.

Trzeba świadomie zdecydować, że ten dzień naprawdę jest wyjazdem.

Nie przerwą między obowiązkami.

Nie okazją do załatwienia czegoś po drodze.

Tylko czasem przeznaczonym na odkrywanie.

Pomaga w tym mały rytuał. Możesz nie sprawdzać maila, zjeść śniadanie poza domem, wybrać trasę, której wcześniej nie znałaś, zabrać aparat, przeczytać coś o historii miejsca albo pojechać pociągiem zamiast samochodem.

To nie musi być skomplikowane.

Chodzi tylko o to, żeby nie traktować bliskiego miejsca jak czegoś mniej ważnego tylko dlatego, że łatwo tam dotrzeć.

Nie chodzi o to, żeby przestać jeździć daleko

Podróżowanie blisko domu bywa trudniejsze, niż się wydaje.

W dalekiej podróży mamy oficjalne pozwolenie, żeby odłączyć się od codzienności.

Włączamy automatyczną odpowiedź w pracy. Prosimy kogoś o opiekę nad zwierzętami. Pakujemy rzeczy. Wyjeżdżamy.

W lokalnej podróży codzienność cały czas jest blisko.

Możemy przecież wrócić i zrobić pranie. Odpisać na wiadomości. Załatwić zakupy. Posprzątać.

Dlatego czasem nie wystarczy po prostu pojechać niedaleko.

Trzeba też świadomie zdecydować, że ten dzień naprawdę jest wyjazdem.

Nie przerwą między obowiązkami.

Nie okazją do załatwienia czegoś po drodze.

Tylko czasem przeznaczonym na odkrywanie.piękniejsze miejsce na świecie nie da Ci spokoju, jeśli przez cały wyjazd będziesz zastanawiać się, czy gdzie indziej nie byłoby lepiej.

Mały rytuał, który pomaga potraktować lokalny wyjazd poważnie

Możesz zrobić jedną prostą rzecz, która odetnie ten dzień od codzienności.

Na przykład:

  • nie sprawdzać maila,
  • zjeść śniadanie poza domem,
  • wybrać trasę, której wcześniej nie znałaś,
  • zabrać aparat,
  • przeczytać coś o historii miejsca,
  • pojechać pociągiem zamiast samochodem,
  • zostawić trochę przestrzeni bez planu.

To nie musi być skomplikowane.

I nie musi być idealne.

Chodzi tylko o to, żeby nie traktować bliskiego miejsca jak czegoś mniej ważnego tylko dlatego, że łatwo tam dotrzeć.

Nie chodzi o to, żeby przestać jeździć daleko

Nie chcę romantyzować lokalnych podróży i przekonywać, że nigdy nie musimy jechać daleko.

Ja nadal kocham odkrywać nowe miejsca. Nadal mam kraje i regiony, które chciałabym zobaczyć.

Daleka podróż może nas skonfrontować z czymś zupełnie innym. Z nową kulturą, językiem, krajobrazem i sposobem życia.

To jest wartościowe.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy uznajemy, że tylko to, co daleko, zasługuje na naszą uwagę.

Kiedy przestajemy patrzeć na to, co znajduje się obok.

Kiedy czekamy cały rok na jeden wielki wyjazd, zamiast szukać małych momentów ciekawości również między podróżami.

Nie chodzi więc o wybór: albo dalekie podróże, albo lokalne.

Chodzi o odzyskanie równowagi.

O świadomość, że podróżnicza część nas nie musi zasypiać po powrocie z wakacji i budzić się dopiero na lotnisku.

Może istnieć również w zwykły weekend.

Podczas spaceru.

W pociągu do sąsiedniego miasta.

Przy stoliku w kawiarni, której wcześniej nie zauważałyśmy.

A jeśli podróże zaczynają Cię męczyć?

Docenianie tego, co mamy blisko, staje się szczególnie ważne wtedy, gdy podróże zaczynają nas męczyć.

Kiedy nie chcemy już spędzać tygodni na planowaniu. Kiedy perspektywa lotniska, opóźnień i pakowania nie ekscytuje tak, jak kiedyś.

Łatwo wtedy pomyśleć:

„Może podróże już nie są dla mnie”.

Ale być może nie straciłyśmy ciekawości świata.

Może po prostu zmienił się dystans, którego potrzebujemy.

Może nie chcemy teraz wielkiej wyprawy. Może chcemy pojechać gdzieś na jeden dzień, dobrze zjeść, pospacerować i wrócić wieczorem do własnego łóżka.

To również jest podróż.

Nie trzeba jej usprawiedliwiać.

Nie trzeba mówić, że to tylko mały wyjazd.

Małe doświadczenie nie musi być zapowiedzią większego.

Może być kompletne samo w sobie.

Może nie potrzebujemy nowego kierunku

Może więc powiedzenie „cudze chwalicie, swego nie znacie” wcale nie oznacza, że powinniśmy przestać interesować się światem.

Może chodzi tylko o to, żeby nie przeoczyć własnego kawałka świata w pogoni za wszystkimi innymi.

Żeby nie zakładać, że piękno zaczyna się dopiero wystarczająco daleko od domu.

I żeby czasem pożyczyć spojrzenie od kogoś, kto widzi nasze dobrze znane miejsce po raz pierwszy.

Bo być może nie zawsze potrzebujemy nowego kierunku.

Być może potrzebujemy nowych oczu.

Na koniec zostawiam Cię z jednym pytaniem:

Jakie miejsce blisko domu wciąż odkładasz na „kiedyś”?

Nie musi być znane.

Nie musi być spektakularne.

Może to być park, dzielnica, małe miasteczko, szlak, muzeum albo kawiarnia.

Pomyśl o jednym takim miejscu.

A potem, być może, potraktuj je tak, jak potraktowałabyś miejsce odkryte podczas podróży.

Daj mu trochę czasu.

Ciekawości.

I prawdziwej uwagi.

Bo zachwyt nie zawsze zależy od liczby przebytych kilometrów.

Czasem zależy tylko od tego, czy naprawdę patrzymy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *